Szczęście po nordycku

Witajcie! Hejsa!

Dzisiaj porozmawiamy o szczęściu w wydaniu zarówno nordyckim jak i polskim. Temat szczęśliwości jest ostatnimi laty mocno eksploatowany, głównie za sprawą różnej maści poradników, które zalewają rynek wydawniczy. Te zagraniczne przedruki są jednak często jedynie wydmuszkami i mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Do głębszej refleksji nad tematem, skłoniła mnie praca nad książką pt. „Codziennie jest piątek. Szczęście po nordycku. Sztuka celebrowania każdej wolnej chwili”. Niewtajemniczonych informuję, że jestem 1/6 kolektywu autorskiego i odpowiadam za rozdział poświęcony Wyspom Owczym. Do pracy nad tym projektem podeszłam entuzjastycznie, bo nordyckie szczęście, opisywane z polskiej perspektywy, to nowa jakość na polskim rynku księgarskim. Tym bardziej, że do zadania podeszłyśmy z pozostałymi współautorkami na poważnie – nie tylko literacko, ale przede wszystkim reportersko.
Ostatnie tygodnie spędziłyśmy pracowicie. Brałyśmy udział w licznych wywiadach, spotkaniach online i rozmowy o szczęściu, a konkretnie szczęściu na Północy stały się dla nas tematem wiodącym. Jeszcze trochę, a chyba będziemy mogły doktoryzować się ze “szczęściologii”. 🙂 Niestety minusem takich grupowych wywiadów jest trudność w wyrażeniu głębszej myśli, nie mówiąc już o kompleksowych wywodach. Dlatego w niniejszym podcaście daję sobie czas na zebranie myśli i rozwinięcie ich. Tym bardziej, że szukanie definicji farerskiego szczęścia, stało się dla mnie poważnym przyczynkiem do refleksji na temat szczęśliwości Polaków. Myślę, że nie każdy zgodzi się z moimi obserwacjami i wnioskami. Niektórzy mogą uznać je wręcz za gorzkie i bolesne, jednak mimo to zapraszam do zmierzenia się z moim punktem widzenia i wyrażenia własnego w komentarzu.

Posłuchajcie:

One thought on “Szczęście po nordycku

  1. Ciekawe przemyślenia. Mam trochę inne i też się podzielę 🙂 Ja tu, w Polsce, widzę nie mentalność niedostatku, a mentalność poczucia zagrożenia. W czasach pokoju zagrożony jest rzeczywiście nasz dobrobyt, więc może to tak wyglądać. Jednak nadal szczęście psuje raczej lęk przed niedostatkiem, poczucie zagrożenia, a nie niedostatek sam w sobie. Czy realny? Lęk przed bezrobociem, przed bezdomnością, przed chorobą i przed brakiem możliwości leczenia. Finansowych możliwości, bo publiczna służba zdrowia jest praktycznie fikcją. Kiedy myślę o Danii, to (nie wiem, czy słusznie) wyobrażam ją sobie jako kraj poczucia bezpieczeństwa. Gdzie choroba nie pociągnie za sobą automatycznie straty pracy, niedostatku, utraty dachu nad głową i odebrania dzieci, a na samo leczenie nie muszę mieć odłożonych dużych pieniędzy. Wydaje mi się, że dopiero zaspokojenie tych podstawowych potrzeb, w tym potrzeby bezpieczeństwa, pozwala poczuć się szczęśliwym. Polacy nie czują się bezpiecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *