“Na rauszu”, czyli oscarowe pijaństwo

Film Thomasa Vinterberga jest nieanglojęzycznym wyjadaczem na tegorocznych festiwalach filmowych. “Na rauszu” zdobyło już Oscara, Cezara i Złoty Glob, a także szereg innych branżowych statuetek. Co kryje się za fenomenem komediodramatu Vinterberga i dlaczego wszyscy na jakimś etapie swojego życia chodzimy na rauszu?

Polski plakat promujący film. Fot. Filmweb
Polski plakat promujący film. Fot. Filmweb

 

Pół promila

„Na rauszu” oglądałam dwa razy. Pierwszy raz miał miejsce na pokładzie samolotu linii Aeroflot. Film miał rosyjski dubbing, który był… rewelacyjny! Świetnie dobrana obsada, dobre głosy oraz idealna synchronizacja. Bardzo zainteresowała mnie sama kwestia tłumaczenia, ewentualne domestykacje i egzotyzacje, a także ile z duńskiego ładunku filmu zrozumie rosyjskojęzyczny widz. W czasie tych rozważań uwydatnił się pierwszy walor filmu – jego uniwersalizm. Oczywiście nie zabrakło elementów typowych dla duńskiej kultury jak chociażby odśpiewany hymn Danii czy piosenka „I Danmark er jeg født”, jednak nie wpływają one na wydźwięk fabuły. Drugi raz oglądałam film w wersji oryginalnej i słysząc Madsa Mikkelsena mówiącego w ojczystym języku, miałam wrażenie, że wszystkie klocki tej wizualnej układanki wróciły na swoje miejsce.

Głównymi bohaterami jest czwórka belfrów ze szkoły średniej (obstawiam, że gdzieś na przedmieściach Kopenhagi), o różnej sytuacji rodzinnej i finansowej. Martin – brawurowo zagrany przez Madsa Mikkelsena, jest wypalonym nauczycielem historii, który zarzucił karierę naukową i mentalnie odgrodził się od żony i synów. Tommy to samotny poczciwy nauczyciel wychowania fizycznego, mieszkający pod jednym dachem z niepełnosprawnym psem. Peter uczy muzyki, zaś mający bajecznie bogatą żonę Nikolaj jest psychologiem i ojcem trójki dzieci. U każdego z nich zarysowuje się życiowa frustracja, połączona z kryzysem wieku średniego.

Panowie spotkają się na kolacji w eleganckim lokalu, żeby uczcić czterdziestą rocznicę urodzin Tommiego. W trakcie posiłku Nikolaj mimochodem wspomina o pewnej hipotezie naukowej, autorstwa norweskiego psychiatry Finna Skårderuda. Teoria zakładała, że każdy człowiek rodzi się z brakującą połówką promila alkoholu we krwi, która rzekomo miałaby zbawienny wpływ na ludzką kondycję psychiczną, a co za tym idzie – jakość życia. Mężczyźni zaintrygowani tą tezą, postanawiają poddać się eksperymentowi, którego celem jest sprawdzenie prawdziwości założenia Skårderuda.

Bohaterowie podchodzą do zadania z pełną powagą i jak jeden mąż przychodzą podchmieleni do pracy, popijają między lekcjami, a następnie po robocie. Efekty są zadziwiające, gdyż u każdego z panów następuje przełom. Lekcje Martina stają się nagle pełne polotu i budzą zainteresowanie młodzieży. Życie rodzinne zaczyna się poprawiać, a małżeństwo przeżywa drugą młodość. Nasi bohaterowie odkrywają w sobie utajone pokłady pewności siebie, radości oraz kreatywności. Wszystko idzie tak doskonale, że przy kolejnym spotkaniu pada propozycja zwiększenia dozy alkoholu. Jak wiadomo nie od dziś, lepsze jest wrogiem dobrego i eksperyment po osiągnięciu fazy szczytowej, zaczyna chylić się ku bolesnemu upadkowi.

Przełomowa kolacja. Fot. Materiały prasowe dystrybutora.
Przełomowa kolacja. Fot. Materiały prasowe dystrybutora.

 

Pijany jak Duńczyk

„Na rauszu” to wielowymiarowe studium alkoholizmu i picia, przy czym alkohol pełni tam jedynie rolę pretekstową do rozważań nad naprawą życia oraz tęsknotą za młodością i wolnością. Film zaczyna się od młodzieżowego wyścigu z kratami piwa dookoła jeziora. Przegrani za karę muszą opróżnić wszystkie pełne butelki z browarem, nawet za cenę wymiotów. Scena jest bardzo dwuznaczna, bo pod płaszczykiem dobrej zabawy i nastoletniego szaleństwa, zauważamy niepokojące przyzwolenie dla tego typu alkoholowej rozrywki, a także brak jakichkolwiek konsekwencji dla nastoletniego upijania się. Danii daleko do miana “kraju abstynentów”. Piją w zasadzie wszyscy, przy czym konsumpcja alkoholu rozpoczyna się stosunkowo wcześnie, a w przeciwieństwie do innych krajów nordyckich, napoje wyskokowe dostępne są w każdym supermarkecie oraz na stacjach benzynowych. Sama podczas pobytu w højskole odniosłam wrażenie, że Duńczycy w zasadzie nie traktują piwa jako alkoholu, zaś mocniejsze trunki były nieodłącznym elementem weekendowych imprez. My Polacy lubimy robić na obcokrajowcach wrażenie, jeżeli chodzi o nasze możliwości konsumpcji alkoholu, jednak według moich obserwacji, Duńczycy są dla naszego narodu godnym przeciwnikiem. W języku czeskim funkcjonuje nawet określenie „opilý jako Dán”, czyli „pijany jak Duńczyk”.

„Na rauszu” pokazuje, że alkohol to przede wszystkim droga na skróty do przezwyciężenia nieśmiałości i barier towarzyskich. W krajach nordyckich, gdzie wiele osób cierpi na różnego rodzaju lęki społeczne, kieliszek dla przysłowiowego „kurażu” może zdziałać cuda. Reżyser prowadzi nas również przez sceny, w których uczniowie otwarcie przyznają się do picia, nie upatrując w tym żadnego problemu, a wręcz traktują to wyznanie z autoironią. Sama scena kolacji w restauracji, rozpoczynająca lawinę, pokazuje że alkohol niejedno ma imię. Kelner przynosi do stolika głównych bohaterów wymyślne trunki, rzuca snobistycznymi nazwami szczepów winogron, próbuje zaimponować krajami pochodzenia, kreując w ten sposób otoczkę luksusu, która nijak nie kojarzy się z wizerunkiem stereotypowego zakapiora. A przecież syndrom „alkoholika ekskluzywnego” istnieje, został zdefiniowany i opisany. Ciekawym motywem jest również towarzyska presja względem osób niepijących. Grany przez Mikkelsena Martin, dwukrotnie odmawia picia z kolegami i dwukrotnie przesuwa własne granice, na rzecz niewyłamywania się z alkoholowego schematu. Jako obiorca z miejsca miałam ochotę wytknąć mu słabą wolę i uległość, jednak reżyser okazał się w tym zakresie bardziej wyrozumiały. Vinterberg daje swoim bohaterom dużo przestrzeni na eksperymenty, popełnianie błędów, a następnie wyciąganie wniosków.

 

Mads Mikkelsen jako nauczyciel historii. Fot. Materiały prasowe dystrybutora.
Mads Mikkelsen jako nauczyciel historii. Fot. Materiały prasowe dystrybutora.

 

Ze mną się nie napijesz?

Alkohol zdaje się być pozornym rozwiązaniem problemów głównych bohaterów. Jednak w rzeczywistości procenty pełnią tylko rolę katalizatora dla mentalnego resetu. Realnym źródłem zmian w życiu bohaterów okazuje się być pewność siebie, zwiększone poczucie własnej wartości, odwaga do wyrażania siebie i konfrontowania innych. Po seansie zaczęłam również wyraźniej dostrzegać społeczne przyzwolenie dla picia. Tak długo jak sprawy nie wymykają się z pod kontroli, wszystko jest dozwolone, a na pojedyncze wybryki łatwo przymknąć oko. O ile tolerancja dla narkomanów jest ograniczona, o tyle alkohol ma zielone światło. W końcu kto sam nie był na rauszu, niech pierwszy rzuci kamieniem. W Polsce alkohol jest szeroko dostępny, często trafia w ręce osób małoletnich. Dzieci uczestniczące w rodzinnych imprezach, oswajają się z widokiem podchmielonych rodziców i wujków, co skutecznie znieczula na nałóg. Polska kultura jest do szpiku kości przesiąknięta alkoholem, a wódka jest wręcz uważana za część narodowej tożsamości. Alkohol ma również swoje stałe miejsce w warstwie kulturowo-językowej, zaś hasła pokroju „Ze mną się nie napijesz?” są wpisane w polskie DNA. Wystarczy obejrzeć kilka polskich filmów, aby przekonać się, że scena pijaństwa czy picia jako takiego, pojawi się w każdej praktycznie produkcji – zaczynając na Małgorzacie Kożuchowskiej popijającej szampana w komedii romantycznej, a na mocnych filmach Koterskiego i Smarzowskiego kończąc.

Wolność vs. odpowiedzialność

Vinterberg podjął się próby pokazania cienkiej granicy między dobrą zabawą a uzależnieniem, lecz skupia się także na konsekwencjach działań i wyborów. O ile nastoletnie wybryki uchodzą płazem i zostają opatrzone etykietą „błędy młodości”, o tyle dorosłość ma to do siebie, że każde działanie niesie za sobą określone konsekwencje. Sytuację konfliktową w filmie generuje już sama profesja głównych bohaterów. Ich zawód z założenia powinien stawiać ich na pozycji wzorców. Tymczasem scena, w której Peter sugeruje uczniowi wypicie kielicha przed egzaminem w celu opanowania nerwów, jest niczym innym jak upadkiem autorytetu. Martin, Tommy, Nikolaj i Peter zatracają się w dobrej zabawie i zafascynowani swoimi badaniami, przez długi czas pozostają ślepi na konsekwencje prowadzonego eksperymentu. Wolność wyboru nie zwalnia jednak z odpowiedzialności i dopiero w obliczu tragedii, panowie decydują się na ucieczkę do przodu – tym razem na trzeźwo. Oprócz wydźwięku społecznego, film jest świetnie zrobiony technicznie, a poszczególne elementy składają się na udaną całość. Scenariusz, muzyka, kostiumy – niby nie ma w nich nic ekstrawaganckiego, a mimo to tworzą dzieło spójne, wiarygodne i miłe dla oka. Najbardziej w pamięć zapadła mi ostatnia scena, w której Mads Mikkelsen daje brawurowy popis swoich umiejętności tanecznych, a sam reżyser skutecznie odcina się w niej od moralizatorstwa i łopatologii.

Jeżeli jeszcze nie widzieliście „Na rauszu”, gorąco zachęcam Was do nadrobienia zaległości. Uprzedzam jednak, że film Thomasa Vinterberga najlepiej oglądać na trzeźwo, gdyż konsumpcja alkoholu podczas tego konkretnego seansu, może odbić się czkawką.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *