Duńczycy. Patent na szczęście – recenzja książki Patricka Kingsleya

Książka młodego Brytyjczyka pod oryginalnym tytułem “How to be Danish” ukazała się w październiku 2012 roku, więc blisko dekadę temu. Muzą autora została Dania, która w tamtym czasie święciła tryumfy najszczęśliwszego kraju na świecie, hygge robiło lajfstajlową furorę, a kopenhaska Noma wylądowała w czołówce międzynarodowej gastronomii. Kingsley, będący dziennikarzem i zagranicznym korespondentem, wybrał się do Danii, w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące go pytanie: Co sprawia, że stosunkowo mała duńska nacja, osiąga tak spektakularne sukcesy w wielu dziedzinach życia?

Polskie wydanie ukazało się na rynku w roku 2017 nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Tytuł angielski zastąpiono bardziej swojskim „Duńczycy. Patent na szczęście”, a przekładu z języka angielskiego podjęła się Joanna Gładysek. Pozycja liczy sobie blisko dwieście stron, które dzielą się na osiem rozdziałów, spiętych wstępem i epilogiem. Nie jest to wielka literatura ani dogłębny research. Już we wstępie, autor otwarcie przyznaje, że spędził w Danii zaledwie miesiąc, pojeździł po różnych zakątkach kraju, jednak owoc tych peregrynacji nie jest „wyczerpującą publikacją zawierającą prawdę ostateczną o duńskim stylu życia”. Mimo to, muszę oddać Kingsleyowi sprawiedliwość i docenić jego starania dotarcia do możliwie dużej liczby Duńczyków, w tym wielu znanych i wpływowych osób duńskiego życia publicznego. Z treści wynika, że dziennikarz podjął również próbę zaznajomienia się z językiem duńskim, co zawsze robi na mnie dobre wrażenie. Już we wstępie Kingsley konstatuje, że „Dania to duża wieś” i na tę właśnie dużą wieś zabiera czytelnika w kolejnych rozdziałach.

Duńczycy. Patent na szczęście to idealna pozycja na podróż lub do czytania w środkach transportu.
Duńczycy. Patent na szczęście to idealna pozycja na podróż lub do czytania w środkach transportu.

Rozdziały mają charakter tematyczny, choć trudno mówić w ich przypadku o jakiejś osi narracyjnej. Tematyka kolejnych części jest raczej przypadkowa, jednak skakanie po zagadnieniach nie razi ani nie dezorientuje. Kingsley rozpoczyna swoją opowieść od duńskiego systemu edukacji, po czym przechodzi do Nowej Kuchni Nordyckiej, wzornictwa, kwestii państwa opiekuńczego, imigracji, mitu Kopenhagi, kończąc na spektakularnych sukcesach duńskich seriali oraz Jutlandii, gdzie rzekomo znajduje się najszczęśliwsze miejsce na Ziemi – miasteczko Ringkøbing. Co ciekawe, podczas poszukiwań duńskich blasków, Kingsley natrafia na sporo cieni, o których otwarcie mówią autochtoni. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że podobnie jak przy każdym procesie leczenia, pierwszym krokiem na drodze do duńskiego “powrotu do zdrowia” było zdanie sobie sprawę z tego, że konkretny element życia społecznego stanowił problem; był słabym ogniwem, które należało wyeliminować lub wręcz przeciwnie – naprawić i na nowo zespolić z resztą. Każdorazowo, terapia polegała na angażowaniu grupy specjalistów i ekspertów, badaniach, eksperymentach, a na koniec wdrażaniu zmian, na które państwo, bądź prywaciarze, nie żałowali środków. Dokładnie taką drogę pokonano podczas stawiania na nogi duński system edukacji, odbudowanie fundamentów narodowej tożsamości kulinarnej czy rewitalizując Kopenhagę, czyniąc z duńskiej stolicy narodową wizytówkę.

Książka Patricka Kingsleya nie jest kompendium wiedzy o Danii, ale daje ogólny obraz kraju tym, którzy o Danii wiedzę mieli zdawkową lub zerową, a nagle zapragnęli dowiedzieć się o tym państwie czegoś więcej niż to, co można wyczytać w Wikipedii. Nie jest to opasły tom, a zawartość pochłania się stosunkowo szybko, przy czym przetworzenie treści nie wymaga od czytelnika nadludzkich zdolności analitycznych. Na dodatek nawet tacy starzy duńscy wyjadacze jak ja, znajdą tam coś dla siebie. Ciekawostką, która mnie wyjątkowo zainteresowała, były opisane badania lingwistów z Uniwersytetu Kopenhaskiego, na jakie powołał się Kingsley. Tamtejsi językoznawcy stworzyli mianowicie interesującą teorię, wiążącą gwałtowne zmiany w języku duńskim z systemem państwowej opieki nad dziećmi, jaki został zaimplementowany w latach 60. XX wieku. Dzięki temu, że państwo duńskie bierze na siebie ok. 75% kosztów opieki nad dziećmi powyżej jednego roku życia, matki nie mają w Danii większych problemów z powrotem na rynek pracy. Przywołana w książce profesor Marie Maegaard twierdzi, że izoluje to dzieci od starszego pokolenia (dziadków), których wymowa jest bardziej konserwatywna, co ma realne przełożenie na szybkie tempo zmian, zachodzących w duńskiej fonetyce.

Ku mej uciesze, w serialowym rozdziale pojawił się wątek farerski.
Ku mej uciesze, w serialowym rozdziale pojawił się wątek farerski.

Minusem książki jest jej powierzchowność, wybiórczość oraz niepełna eksploatacja podjętych tematów. Pod koniec lektury czułam niedosyt niektórych wypowiedzi, a także miałam wrażenie, że kilka wątków autor uciął zbyt szybko. Minusem są również zdjęcia. Pomimo miesiąca spędzonego w Danii, na stronach książki znajduje się zaledwie kilka czarno-białych fotografii, wykonanych przez autora. Pozostałe to zdjęcia stockowe, które nie mają większej wartości artystycznej i sztucznie zwiększają objętość książki. Nie brakuje również literówek, głównie w nazwach duńskich, więc po części usprawiedliwia to korektora, który najwyraźniej nie był w stanie, wyłapać błędów w języku obcym. Poza tym nie znalazłam w treści tytułowego „patentu na szczęście”. Nie do końca otrzymałam również odpowiedź na tytuł angielski, który rzekomo ma wyjaśnić „jak zostać Duńczykiem”. Chyba, że odpowiedź zawarta została w słowach jednej z cytowanych bohaterek, mianowicie, że „Duńczykiem człowiek się rodzi”.

 

Tytuł: Duńczycy. Patent na szczęście.

Tytuł oryginału: How to be Danish

Autor: Patrick Kingsley

Liczba stron: 197

Polskie wydanie: 2017 r.

Ocena: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *